Zaczęło się przez przypadek!

Był rok 2000. Mieszkaliśmy od kilku lat, razem z moimi rodzicami, w starym domu rodzinnym w Czarnej Łące. Powoli remontowaliśmy dom, który mój dziadek, Jerzy Zenderowski, kupił w latach 50. W ramach urządzania mieszkania na strychu wygospodarowałem niewielkie pomieszczenie na sprzęt komputerowy i doprowadziłem tam linię telefoniczną. Był to czas początkującego, przynajmniej na wsi, internetu. Dostęp do sieci uzyskiwało się przez połączenie modemu z numerem 0-202122, co jednocześnie blokowało możliwość korzystania z telefonu. Neostrada dopiero raczkowała i 20 kilometrów od centrum Szczecina dla telekomunikacji było nie do pokonania.

Było jesienne, listopadowe popołudnie. Ala, moja żona, była w pracy – miałem po nią pojechać wieczorem – a ja siedziałem przy komputerze grzebiąc w sieci. Mama zaniepokojona, że od jakiegoś czasu nie może zadzwonić,  przyszła do mnie i zapytała: — A cóż Ty takiego robisz w tym internecie? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że szukam różnych rzeczy. Poprosiła o pokazanie, jak szuka się i jakich rzeczy. Zaproponowałem wyszukanie jej nazwiska panieńskiego – Zenderowski.

Ku mojemu własnemu zdziwieniu, wynik wyszukiwania nie był zerowy. Na stronie przeglądarki widniało 6 (słownie: sześć) pozycji. Wtedy była to rzecz normalna, nie dostawało się milionów linków i pozycjonowanych reklam na dowolne zapytanie. Dzisiaj na takie zapytanie w Google dostajemy ich około dwudziestu tysięcy.

Pierwszy z tych linków prowadził do strony poświęconej biografiom dawnych mieszkańców Barczewa. Autor strony prosił o kontakt osoby mające jakieś informacje mogące pomóc w tworzeniu monografii na ten temat. Mama spytała: I gdzie ci Zenderowscy? Pokazałem jej więc, jak napisać list do autora.

Napisałem krótko: O Barczewie nic nie wiem, ale moja mama jest z domu Zenderowska. Mama poszperała w starych rodzinnych zdjęciach i przyniosła zrobione w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych w Byczynie. Na zdjęciu tym był mój dziadek Jerzy Zenderowski i jego kuzyn Michał Zenderowski z żoną Józefą i czwórką dzieci (najstarsze około 7 lat, najmłodsze w wózku). Zeskanowałem je i dołączyłem do emaila. Wysłałem i zaprosiłem mamę na wieczór, żeby sprawdzić, czy nadeszła odpowiedź.

Nadeszła. Pierwsze zdanie brzmiało: — To najstarsze dziecko na zdjęciu to ja – Wojtek Zenderowski. No a dalej to już poszło. Korespondując ułożyliśmy wspólnie drzewo pokrewieństwa, wyszło, że jest wujkiem. Od mamy, a wcześniej jeszcze od babci, znałem imiona rodzeństwa pradziadka. Razem z Wojtkiem, a później jego braćmi – Jurkiem i Romkiem, wspomagając się wspomnieniami mamy zebraliśmy informacje o wszystkich potomkach Jana Zenderowskiego i Marianny z Madejskich. Wtedy jeszcze nie znaliśmy ich tożsamości,  to ja pierwszy natrafiłem na ślad prapradziadków. Ale to temat na osobne opowiadanie.

Od tego zdjęcia to się zaczęło
Od tego zdjęcia to się zaczęło

7 myśli na temat “Zaczęło się przez przypadek!”

  1. Świetnie się zapowiada 🙂 Będę czekała na kolejny wpis i … kolejne. U mnie – jedynie 6 lat temu – wcale nie zaczęło się od przypadku. Takie poszukiwania siedziały mi w głowie przynajmniej od wieku nastoletniego, ale dopiero wtedy kiedy zrezygnowałam z pracy zawodowej i miałam czas, żeby zacząć szukać wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot … ale teraz w dobie tak dobrze rozwiniętej sieci internetowej to zupełnie inna bajka, nieprawdaż? Chętnie poczytam jak to się robiło w początkach internetu.

    1. I ja wcześniej myślałem o czymś takim, ale opisane zdarzenie dało ostateczny impuls. Choć nie od razu stało się codziennym zajęciem.
      To wtedy zacząłem z pamiętanych opowiadań krewnych wyłapywać okruchy prawdy w rodzinnych legendach, wypytywać o szczegóły. I takim „potyczkom” chcę poświęcić ten blog.
      Być może przy okazji ktoś pomoże rozwikłać pozostające do dziś wątpliwości, potwierdzić podejrzenia. Już wybieram materiały na kolejne wpisy.

  2. Czytając pierwszy wpis zakręciła mi się łza w oku, bo przecież to moje strony, moja Mała Ojczyzna. To stąd wywodzi się moja rodzina, która rozproszyła się po całym kraju, ba a nawet świecie. Kiedyś sąsiad noszący to samo nazwisko nie był rodziną. Moja przygoda z genealogią trwa już 7 lat i dzisiaj mogę powiedzieć, że nic nie dzieje się ot tak. Okazuje się, że przypadkowo spotkane osoby na swej drodze są spokrewnione z nami niejednokrotnie w bliższym lub dalszym pokoleniu. Przykładem tego może być nawet nasza znajomość. Taka niewinna wzajemna pomoc genealogiczna a tu nowinka, że jesteśmy spokrewnieni, łączy nas nazwisko Grząś. Daleki kuzynie to co robisz jest rewelacyjne i będę śledziła dalsze wpisy.

  3. Wprost wymarzony i zachęcający początek poszukiwań genealogicznych 🙂 Już zacieram rączki i czekam na kolejne wpisy 🙂 Pozdrawiam – Małgosia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *