Marysia z Kowalczyków Słowińska

Jak już wcześniej pisałem, siostra mojej prababki Pelagii z Grüningów Zenderowskiej – Aniela wyszła za mąż za Józefa Kowalczyka. Ślub miał miejsce w łódzkim kościele pw. Św. Krzyża 29 października 1901 roku. Józef był robotnikiem w Łodzi, urodził się 22 lutego 1878 roku w Czernicach w powiecie wieluńskim. Rodzice Józefa pobrali się w tamtejszej parafii Osjaków. Ojciec – Sebastian – był parobkiem dworskim, pochodził z folwarku Grabek w majątku Struże (dzisiaj powiat bełchatowski). Matka Marianna z Czuprychów, urodzona w pobliskim Szynkielowie – służącą.

24 sierpnia kolejnego roku (1902) w tym samym kościele Św.Krzyża odnotowano chrzest Marianny Kowalczyk, córki Józefa i Anieli, urodzonej 12 sierpnia. W akcie odnotowano, że rodzicami chrzestnymi byli Bolesław Grynik i Helena Grynik.  To prawdopodobnie rodzeństwo Anieli i Pelagii. Nie udało mi się odnaleźć innych, późniejszych, metryk, w których występowałyby te osoby. Ani w Ozorkowie, ani w Łodzi. Jeszcze dwa lata później urodził się syn Józefa i Anieli – Tadeusz. O nim nie mam żadnych informacji, oprócz aktu chrztu.

Jedna z rodzinnych opowieści mojej mamy (i zdjęcie z pudła babci Ziuni) wiąże się prawdopodobnie z córką Anieli Marianną. Przypomnę z poprzedniego wpisu:

W pudle leży sobie zdjęcie kobiety wykonane w Łodzi z napisem na odwrocie „Marysia 1943”. Ale najlepsze na awersie. Charakterem babci na ramce napisane: „Słowińska Marysia – Kowalczyk”. Moja żyjąca wtedy jeszcze mama wiedziała tylko, że jest to jakaś kuzynka dziadka spokrewniona poprzez Grüningów (nie wiedziała, które z tych nazwisk jest rodowe).

Marysia z Kowalczyków Słowińska

Wiek kobiety na tej starej fotografii wskazuje, że może to być właśnie owa Marianna.

Moja mama Bożena z Zenderowskich (wnuczka Pelagii) opowiadała o spotkaniu w latach pięćdziesiątych (dokładniej gdzieś w latach 1953-55?) w Łodzi. Miała wtedy około 20 lat, była początkującą nauczycielką w służbowej podróży do Łodzi. Tam poznała Zofię Grüning (jeszcze jedną siostrę Pelagii), która była staruszką. Według odnalezionych później przeze mnie metryk miała wtedy około 80 lat. Ponadto poznała młodego lekarza wojskowego nazwiskiem Słowiński, który był jej kuzynem poprzez Grüningów. Nie pamiętała imienia (Andrzej lub Janusz). Być może miał on coś wspólnego z ową Marysią? Może był jej synem?

Przeszukując zakamarki internetu znalazłem informację o profesorze Andrzeju Słowińskim z WAM w Łodzi. Może to on? Skoro w 1952 roku ukończył studia, to pewnie urodził się około 1928-30. Wiekiem na syna Marysi nadaje się. Znalazłem w internecie jego stare zdjęcie:

Andrzej Słowiński

Widać jakieś podobieństwo?

A może odezwą się potomkowie Marii z Kowalczyków Słowińskiej?

Rodzina prababci Pelagii

We wspomnieniu o legendzie rodzinnej wspomniałem, że ojciec mojej prababki, Pelagii Grüning, przyjechał do Łodzi budować fabrykę. Dziś wiem, że to legenda podkoloryzowana, ale…

Karol Robert Grüning pochodził z rodziny sukienników z Ozorkowa (napiszę o tym innym razem). Tam w 1866 roku ożenił się z Marianną z Ciesielskich i miał z nią dziesięcioro dzieci. Pierwszych siedmioro urodziło się w Ozorkowie, dwoje kolejnych w okolicznych wsiach (czemu?) a najmłodsza Helena w 1883 roku w Łodzi. Czworo z nich zmarło w Ozorkowie jako małe dzieci, piąta Józefa w 1885 roku w Łodzi. Może fakt licznych śmierci dzieci (nie tylko Grüningów, w metrykach ozorkowskich w tym czasie jest wiele zgonów dziec) spowodował, że prapradziadek wysłał żonę do rodziny w okolicznych wsiach (Pelagia urodziła się prawdopodobnie w Chrząstowie w parafii Leźnica Wielka). Dla mnie wynikł z tego kłopot dokumentacyjny. Spośród wszystkich dzieci Karola Roberta właśnie aktu urodzenia/chrztu Pelagii nie mogę odnaleźć.

Po datach urodzin i śmierci dzieci ustaliłem, że prapradziadek przeniósł się do Łodzi na początku lat 80. XIX wieku. Zainteresowałem się historią Ozorkowa i przyjąłem hipotezę, że przeniesienie było związane z budową fabryki Scheiblera w Łodzi. Kiedy doczytałem, że Scheibler budował swój kompleks (przędzalnię z domami dla robotników) na Księżym Młynie, przypomniałem sobie o leżącej w kilkakrotnie wspominanym pudle babci Ziuni kartce pocztowej („odkrytce”), którą napisał pradziadek Michał Zenderowski do swojej przyszłej żony Pelagii. Na kartce tej widniał adres: Łódź, Księży Młyn 7. Bingo! Kawałek legendy potwierdzony.

"Odkrytka" wysłana przez Michała do przyszłej żony (1908)
„Odkrytka” wysłana przez Michała do przyszłej żony (1908)

Tak więc na początku XX wieku w Łodzi mieszkali moi prapradziadkowie Karol Robert  i Marianna z Ciesielskich Grüningowie z piątką, już dorosłych, dzieci: najstarszy syn Bolesław (ur. 1870) i cztery córki: Aniela (1873), Zofia (1875), Pelagia (1881) i wspomniana Helena (1883).

Potomkowie Karola Roberta Grüninga.
Potomkowie Karola Roberta Grüninga. (Uwaga: 13MB)

Prababcia Pelagia wyszła za Michała Zenderowskiego we wrześniu 1908 roku. Na fali optymizmu po znalezieniu pierwszego dokumentu w Pleszewie napisałem do Urzędu Stanu Cywilnego w Łodzi i otrzymałem akt urodzenia dziadka i akt małżeństwa pradziadków. Był rok 2004. Jakiś czas później dosłano mi odpis aktu zgonu Pelagii. Oprócz możliwości uzupełnienia luk w puzlach drzewa rodzinnego dokumenty dostarczyły wskazówek do dalszych poszukiwań. O ile we wcześniejszym akcie zgonu Michała napisano, że urodził się w miejscowości „Huta w Rosji”, to w akcie małżeństwa urodził się w Koziegłówkach. Wiele lat później ustaliłem, ża tą Hutą jest Szklana Huta w parafii Koziegłówki (śląskie), ale to temat na inne opowiadanie.

Ciekawa informacja była w akcie zgonu Pelagii (1921). Otóż zgon zgłaszał Józef Kowalczyk. Co na to pudło babci? W pudle leży sobie zdjęcie kobiety wykonane w Łodzi z napisem na odwrocie „Marysia 1943”. Ale najlepsze na awersie. Charakterem babci na ramce napisane: „Słowińska Marysia – Kowalczyk”. Moja żyjąca wtedy jeszcze mama wiedziała tylko, że jest to jakaś kuzynka dziadka spokrewniona poprzez Grüningów (nie wiedziała, które z tych nazwisk jest rodowe). Jeśli tak, to i ów Józef mógł być też spokrewniony. Ale nie drążyłem dalej, bo nie było jak. Poszukiwania stanęły na kilka lat. W tym czasie rozbudowałem drzewo od strony rodziny ojca. Głównie poprzez kontakty osobiste i telefoniczne. Między innymi odnalazłem dwoje kuzynów, z którymi mam wspólnych pradziadków.

Kolejny impuls nadszedł wraz z powstawianiem i rozwojem towarzystw genealogicznych, przede wszystkim dzięki bazom indeksów tworzonych przez wolontariuszy. Najpierw natrafiłem na publikowane przez Mormonów skany metryk z Archidiecezji Częstochowskiej. To tam odnalazłem prawie kompletne metryki z parafii Koziegłówki a w nich dziesiątki (jeśli nie setki) Zenderowskich. Do dzisiaj je opracowuję (i indeksuję – mam już ponad 10 tysięcy wpisów na TGZC). A później (pod koniec 2015 roku) „odkryłem” na genealodzy.pl metryki Grüningów. To stamtąd pochodzą wszystkie informacje podane na wstępie.

W ubiegłym roku na szukajwarchiwach.pl zaczęto publikować karty ewidencji ludności z Łodzi z lat 1916-21. Odnalazłem tam kilka dotyczących rodziny Grüningów. Kilka informacji znowu wypełniło luki w drzewie rodzinnym. Ale jak to zwykle bywa, pojawiły się nowe zagadki.

W karcie Marianny z Ciesielskich Grüning (praprababci) zapisano, że była wdową i zmarła w 1918 roku, a więc prapradziadek Robert zmarł wcześniej. To mi zawęża okres poszukiwania jego aktu zgonu. Wykazano również osoby współmieszkające: syn Bolesław i córka Zofia. No i potwierdzenie adresu: Księży Młyn 7. A gdzie mieszkały pozostałe dzieci? Jedno znalazłem. Aniela wyszła za mąż w 1901 roku za Józefa Kowalczyka(!). Według znalezionej karty mieszkała po sąsiedzku – Księży Młyn 8. Zmarła w 1917 roku. Razem z nią mieszkały dzieci Maria i Tadeusz Kowalczykowie. Może to moja Marysia ze zdjęcia? A mąż? W karcie zapisano ołówkiem, że mąż Józef nieobecny, wyjechał do Sosnowca. Ale w styczniu 1921 roku wrócił. Jest karta dla wprowadzających się. Według niej przybył z Sosnowca i zamieszkał pod numerem 8. A więc to on zgłaszał w marcu tegoż roku śmierć Pelagii? Ale gdzie mieszkała Pelagia z kilkuletnim Jurkiem – moim dziadkiem? Nie znalazłem żadnego śladu w ewidencji ludności.

A o Marysi w następnym odcinku 🙂

Księdzem nie został

W poprzednim wpisie o moich pradziadkach – Pelagii i Michale – wspomniałem, że Michał miał zostać księdzem. Traktowałem to trochę jak legendę, ale…

Wśród starych zdjęć w domowym albumie, choć precyzyjniej byłoby powiedzieć – pudle, znalazłem takie, na którym stoi sobie dwóch panów, w tym z pewnością Michał. Sutanna(?), pod szyją – koloratka. Na odwrocie zdjęcia charakterem pisma babci napisano: Szczepan Sieja chrzestny Jurka 1906-7 Łódź Włocławek.

Michał Zenderowski i Szczepan Sieja
Michał Zenderowski i Szczepan Sieja
Odwrotna strona poprzedniego zdjęcia
Odwrotna strona poprzedniego zdjęcia

Od jakiegoś czasu korzystam z dokonań „kolegów po hobby” z portalu genealodzy.pl. Tam wśród metryk odnalazłem metrykę chrztu mojego dziadka. Nazwisko Szczepana Siei istotnie figuruje jako ojca chrzestnego w akcie chrztu Jerzego Zenderowskiego 11 lipca 1910 roku w parafii św. Anny w Łodzi. Matką chrzestną była Zofia Grüning, chyba siostra Pelagii.

A więc i ta część wspomnień wydaje się być prawdziwa. Niespodziewane potwierdzenie przyszło ze strony kuzyna dziadka Jurka.

Brat Michała Jan Zenderowski miał syna Michała. To ten, który był na zdjęciu, które dało impuls do poszukiwań rodziny. Tenże Michał mieszkając na starość ze swoim synem, nomen omen, też Jerzym w Wędrzynie koło Sulęcina pisał wiersze – wspomnienia. Zapisał dwa bruliony zatytułowane „Album kombatanta” a odpisy dał wszystkim swoim dzieciom. Dzięki uprzejmości Jurka mogłem zeskanować całość.

W brulionie pierwszym, pisanym w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku, wiersz nr 21 nosi tytuł „Księdzem nie został”. W treści prawie wszystko, to co opowiadała babcia. I o studiach we Włoszech (ale w Neapolu), i słabym słuchu, i pannie Grining(!), i synu Jerzym, i aptece w Kaliszu(?).

Strona 21. z "Albumu kombatanta"
Strona 21. z „Albumu kombatanta”

Autor wspomnień nie mógł znać tych wydarzeń (urodził się rok po śmierci pradziadka). Ciekawe, kto mu o tym opowiadał z takimi szczegółami?

Próbowałem odnaleźć jakieś potwierdzenie tych włoskich studiów Michała. Pisałem maile do archiwów na uniwersytetach w Bolonii i Padwie. Z Padwy otrzymałem informację, że takie nazwiska w spisie studentów nie figurują. W Bolonii dostałem link do wyszukiwarki w podobnym spisie, też bez rezultatów. Mam problem z odnalezieniem kontaktu w Neapolu. Na stronie uniwersytetu (cała po włosku) nie mogę odnaleźć.

PS. Zauważam, że w rodzinie panowało „przywiązanie” do pewnych imion. W swojej bazie mam po kilku Michałów, Jerzych (najgorsze, że żyjących jednocześnie) i aż 21 Janów Zenderowskich. Czasami prowadzi to pomyłek w budowie drzewa. A największy kłopot jest, kiedy opowiadam komuś o rodzinnych koligacjach. Słuchacz o kilkukrotnym powtórzeniu imienia w różnych kontekstach traci orientację. 🙂

Legenda rodzinna. Michał i Pelagia.

Michał Zenderowski i Pelagia z Grüningów to moi macierzyści pradziadkowie. Zanim dotarłem do jakichkolwiek dokumentów, cała wiedza o nich pochodziła od babci Józefy, czy raczej Ziuni, jak mówiliśmy na nią my – jej wnukowie. Dziadek sam z siebie nie wspominał swojego dzieciństwa. Z opowiadań babci zapamiętałem kilka wątków. Wiele z tych opowieści powtarzała moja mama i jej siostra Joanna. Myślę, że wszystkie te opowieści miały wspólne źródło: wspomnienia dziadka z dużo wcześniejszych czasów. W skrócie historia wygląda mniej więcej tak:

Michał Zenderowski pochodził z Sosnowca. Tam mieszkała jego rodzina, w tym mieście jego brat Stanisław miał aptekę. Michał miał zostać księdzem. W tym celu studiował we Włoszech teologię. Mama mówiła, że w Bolonii, Joanna, że w Padwie. Jednak ze względu na stan zdrowia – podobno miał problemy ze słuchem – przerwał studia i został aptekarzem.

Ojciec Pelagii Grüning (babcia zawsze podkreślała pisownię nazwiska) był inżynierem, który przyjechał do Łodzi budować fabrykę włókienniczą. Pochodził ze Szwecji. Tak więc Pelagia była Szwedką.

Po ślubie i urodzeniu się syna Jerzego Michał i Pelagia wyjechali do Pleszewa i tam byli właścicielami apteki. Wkrótce potem Michał zmarł nagle na „ślepą kiszkę”, bo za późno został dowieziony do szpitala. Po jego śmierci Pelagia sprzedała aptekę Suchockim(?!) i wyjechała do rodziny do Łodzi. Tam także umarła młodo i osierociła małego Jurka. Ten wychowywał się u ciotki, siostry Pelagii.

Pelagia i Michał Zenderowscy z małym Jurkiem (moim dziadkiem). Około 1910r.
Pelagia i Michał Zenderowscy z małym Jurkiem (moim dziadkiem). Około 1910r.

W początku wieku dość często wyjeżdżałem w delegacje. Był taki rok, w którym kilkakrotnie byłem w Kaliszu. Za każdym razem przejeżdżając przez Pleszew myślałem o rodzinnej legendzie o aptece Zenderowskich. Pewnego dnia znalazłem się tam w godzinach pracy urzędów i postanowiłem spróbować. Zatrzymałem się na rynku i wstąpiłem do Urzędu Stanu Cywilnego. Opowiedziałem zapamiętaną historię pracującym tam paniom, które bardzo się nią zainteresowały. Pani kierowniczka przyniosła z archiwum grubą księgę i zaczęliśmy poszukiwania.

Już po półgodzinie znaleźliśmy. Pod datą 8 stycznia 1913 roku zapisany był akt zgonu Michała Zenderowskiego – aptekarza. Kierowniczka wyjęła druki i wkręciła je w maszynę do pisania, żeby sporządzić odpis. Zaczęły się kłopoty, bo tekst był napisany po niemiecku, gotykiem no i oczywiście odręcznie. Poza tym nie wszystkie informacje pasowały do współczesnego formularza. Wielu danych nie sposób było w nim zapisać, a byłoby szkoda je utracić. I wtedy pani kierowniczka zrobiła coś, co wówczas nie było do końca legalne a dzisiaj jest coraz częstszą praktyką – zrobiła kserokopie tej strony księgi.

Akt zgonu Michała Zenderowskiego.
Akt zgonu Michała Zenderowskiego.

A potem próbowaliśmy odczytać treść dokumentu. Pani zasugerowała, że miejscem zamieszkania jest Chorzew leżący w pobliżu Pleszewa. Ale później przy dokładnym wczytaniu się w akt nabrałem wątpliwości. Poprosiłem o pomoc na portalu genealogicznym GENPOL. Odpowiedział mi Piotr Gerasch – dzisiaj członek Towarzystwa Genealogicznego Ziemi Częstochowskiej. Zasugerował, że miejscowością tą jest Chocz – leżący nad graniczną Prosną po stronie rosyjskiej. Było to w tamtym czasie często praktykowane. Mieszkanie i utrzymanie w zaborze rosyjskim było tańsze, a praca w Prusach korzystniejsza. Odległość nie była duża, to raptem 12 kilometrów. Znacznie później znalazłem potwierdzenie w Kalendarzu Kaliskim na rok 1914 (odnalezionym w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej), że Michał dzierżawił w Choczu aptekę od Michała Pierwocha (albo Pierwochy).

Akt zgonu Michała był pierwszym „zdobytym” dokumentem w mojej genealogicznej przygodzie. Znalazłem w nim, jako pierwszy w rodzinie, imiona i nazwiska rodziców Michała i potwierdzenie, że mieszkali w Sosnowcu. Można było połączyć drzewka mojej gałęzi Zenderowskich i wszystkich dotychczas odnalezionych.

Do tej pory nie udało mi się potwierdzić legendy, że Zenderowscy mieli aptekę w Pleszewie. Co ciekawe, babcia opowiadała o sprzedaży apteki Suchockim jeszcze w latach osiemdziesiątych. Nikt jeszcze nie wiedział, że Hanna Suchocka będzie osobą publiczną. Kiedyś jadąc nocą słuchałem radiowej rozmowy z p.Suchocką. W rozmowie tej wspominała o aptece „Pod Orłem” w Pleszewie, która przed wojną należała do jej dziadków. Może jeszcze pokuszę się odszukanie jakichś śladów.

W stanie wojennym…

…byłem w wojsku. Tzw. bilet przynieśli mi do domu żandarmi (wtedy nazywało się to Wojskowa Służba Wewnętrzna) w Wigilię 1981 roku. A już 7 stycznia meldowałem się w wyznaczonej jednostce w Wałczu. Kiedy po kilku tygodniach (już po przysiędze) mogłem wybrać się na przepustkę, odwiedziłem dom rodzinny. Wtedy moja babcia Ziunia (tak nazywały ją wnuki), Józefa z Bahrynowskich Zenderowska wspomniała, że niedaleko Wałcza leży wieś Szwecja i w tej wsi mieszka jakaś rodzina dziadka Jerzego. Niestety nie udało mi się tam wybrać. A i chęci chyba nie były wielkie.

Ale „co ma wisieć…”

Kiedy nawiązaliśmy kontakt z Wojtkiem, przypomniałem sobie o Szwecji. W jednym z maili zapytałem go o to. Okazało się, że rzeczywiście to oni tam mieszkali. Tyle, że dużo wcześniej dorastające dzieci rozjechały się po kraju a Michał z żoną przenieśli się do Szczeglina pod Koszalinem.

Skąd się tam wzięli, skoro zdjęcie w ogrodzie (poprzedni wpis) było zrobione w Byczynie (opolskie)? Michał miał tam aptekę. Prywatna apteka w tym czasie był nieprawomyślna, więc ją znacjonalizowano, a Michała umieszczono jako naczelnika poczty na wsi na Ziemiach Odzyskanych. Acha, Szwecja w rzeczywistości nazywa się Nowa Szwecja, leży około 10 kilometrów od trasy Wałcz – Piła.

Kolejne maile i wiele rozmów telefonicznych z Wojtkiem pozwoliły ustalić potomków jego dziadka, który był bratem mojego pradziadka Michała. Wkrótce poznałem (odwiedziłem) całe jego rodzeństwo. Później również ich dzieci, z którymi utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Wojtka odwiedziłem gdzieś po roku.

Do dziś pamiętam pierwsze spotkanie z jego bratem Jerzy Zenderowskim. W swojej pracy zawodowej bardzo często wyjeżdżałem w delegacje. Krótko po tym, gdy od Wojtka dowiedziałem się, że Jurek mieszka w Wędrzynie koło Sulęcina, byłem akurat w pobliskim Międzyrzeczu. Postanowiłem złożyć niezapowiedzianą wizytę. Przed wyjazdem zaopatrzyłem się w pozbierane z domowego archiwum fotografie rodziny Zenderowskich. Pozostał problem, jak znaleźć go w Wędrzynie. Od swoich kolegów z Międzyrzecza dowiedziałem się, że jest to osiedle wojskowe na tzw. zielonym garnizonie (Jurek był zawodowym żołnierzem). Nb. dzisiaj jest tam duży poligon gdzie trenują wojska NATO.

Przed wyjazdem z Międzyrzecza poprosiłem o dostęp do komputera i sprawdziłem pocztę. A tam mail od Wojtka z dokładnym adresem Jurka. To trzeba mieć szczęście!

Pojechałem, znalazłem blok, mieszkanie, pukam. Otwiera mi kobieta. Przedstawiam się i mówię, że przyjechałem do pana Zenderowskiego. Prowadzi mnie do pokoju, w który przy stole siedzi dwóch ludzi. Chwila konsternacji, ale po chwili stwierdzam, że jeden z nich to jak skóra zdjęta z mojego św. pamięci dziadka (też Jerzego) Zenderowskiego. Przedstawiam się ponownie i mówię: – Moje nazwisko nic Panu nie powie, ale moja mam to Bożena Zenderowska…

Gdybym wiedział, że Jurek jest chory na serce, pewnie inaczej bym to zaplanował. Za kilka dni jeszcze raz jechałem do Wędrzyna, tym razem z mamą. Oboje doskonale pamiętali się z lat pięćdziesiątych z Byczyny (to tam było zrobione zdjęcie z poprzedniego wpisu).

To było wiosną 2001 roku, a latem pojechaliśmy z rodzicami do kolejnego brata Wojtka – Romka mieszkającego w Nidzicy. A w powrotnej drodze do ich siostry Mirki w Szczecinku. Z Mirką mieszkała wówczas ich matka Józefa z Niedzielskich Zenderowska (na zdjęciu z Byczyny stoi z prawej strony).

Spotkanie po prawie pół wieku (moja mama i Józefa Zenderowska w Szczecinku).
Spotkanie po prawie pół wieku (moja mama i Józefa Zenderowska w Szczecinku).

Mama była bardzo zainteresowana poszukiwaniami. Dopingowała mnie, sama podpowiadała kolejne ślady. Nawiązywała zerwane w przeszłości kontakty z rodziną. Po odnalezieniu Wojtka Zenderowskiego jasnym było, że wśród tej gałęzi rodu będziemy najpierw ustalać pokrewieństwa. Wtedy funkcjonowały jeszcze książki telefoniczne. Odnaleźliśmy Zenderowskich w Warszawie. Mama zadzwoniła i tak rosło pierwsze drzewo.

Po roku miałem już drzewko z wszystkimi potomkami prapradziadków Zenderowskich z Sosnowca. Oni sami stanowili białą plamę – nikt nie znał ich tożsamości.

PS. Przy okazji tego wpisu zajrzałem do teczki z dokumentami z tego okresu. A tam kopalnia wiedzy, która nie znalazła się wtedy w drzewie. Były to szczątki wspomnień, odkopane adresy, telefony. Po tylu latach zapomniałem, że miałem m.in. wydrukowane niektóre maile od Wojtka, zdjęcia z jego albumu, zrzuty ekranu mojej ówczesnej strony na republika.pl. Ale będę miał uzupełniania w bazie!

Zaczęło się przez przypadek!

Był rok 2000. Mieszkaliśmy od kilku lat, razem z moimi rodzicami, w starym domu rodzinnym w Czarnej Łące. Powoli remontowaliśmy dom, który mój dziadek, Jerzy Zenderowski, kupił w latach 50. W ramach urządzania mieszkania na strychu wygospodarowałem niewielkie pomieszczenie na sprzęt komputerowy i doprowadziłem tam linię telefoniczną. Był to czas początkującego, przynajmniej na wsi, internetu. Dostęp do sieci uzyskiwało się przez połączenie modemu z numerem 0-202122, co jednocześnie blokowało możliwość korzystania z telefonu. Neostrada dopiero raczkowała i 20 kilometrów od centrum Szczecina dla telekomunikacji było nie do pokonania.

Było jesienne, listopadowe popołudnie. Ala, moja żona, była w pracy – miałem po nią pojechać wieczorem – a ja siedziałem przy komputerze grzebiąc w sieci. Mama zaniepokojona, że od jakiegoś czasu nie może zadzwonić,  przyszła do mnie i zapytała: — A cóż Ty takiego robisz w tym internecie? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że szukam różnych rzeczy. Poprosiła o pokazanie, jak szuka się i jakich rzeczy. Zaproponowałem wyszukanie jej nazwiska panieńskiego – Zenderowski.

Ku mojemu własnemu zdziwieniu, wynik wyszukiwania nie był zerowy. Na stronie przeglądarki widniało 6 (słownie: sześć) pozycji. Wtedy była to rzecz normalna, nie dostawało się milionów linków i pozycjonowanych reklam na dowolne zapytanie. Dzisiaj na takie zapytanie w Google dostajemy ich około dwudziestu tysięcy.

Pierwszy z tych linków prowadził do strony poświęconej biografiom dawnych mieszkańców Barczewa. Autor strony prosił o kontakt osoby mające jakieś informacje mogące pomóc w tworzeniu monografii na ten temat. Mama spytała: I gdzie ci Zenderowscy? Pokazałem jej więc, jak napisać list do autora.

Napisałem krótko: O Barczewie nic nie wiem, ale moja mama jest z domu Zenderowska. Mama poszperała w starych rodzinnych zdjęciach i przyniosła zrobione w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych w Byczynie. Na zdjęciu tym był mój dziadek Jerzy Zenderowski i jego kuzyn Michał Zenderowski z żoną Józefą i czwórką dzieci (najstarsze około 7 lat, najmłodsze w wózku). Zeskanowałem je i dołączyłem do emaila. Wysłałem i zaprosiłem mamę na wieczór, żeby sprawdzić, czy nadeszła odpowiedź.

Nadeszła. Pierwsze zdanie brzmiało: — To najstarsze dziecko na zdjęciu to ja – Wojtek Zenderowski. No a dalej to już poszło. Korespondując ułożyliśmy wspólnie drzewo pokrewieństwa, wyszło, że jest wujkiem. Od mamy, a wcześniej jeszcze od babci, znałem imiona rodzeństwa pradziadka. Razem z Wojtkiem, a później jego braćmi – Jurkiem i Romkiem, wspomagając się wspomnieniami mamy zebraliśmy informacje o wszystkich potomkach Jana Zenderowskiego i Marianny z Madejskich. Wtedy jeszcze nie znaliśmy ich tożsamości,  to ja pierwszy natrafiłem na ślad prapradziadków. Ale to temat na osobne opowiadanie.

Od tego zdjęcia to się zaczęło
Od tego zdjęcia to się zaczęło